RSS

Sześć psów w słoiku i jedna nieścisłość w Dużym Formacie

Jakiś czas temu w dodatku do Gazety Wyborczej – Dużym Formacie – ukazał się artykuł traktujący o jedzeniu psiego smalcu. Zabobonni idioci wierzący w lecznicze działanie psiego smalcu stworzyli popyt na towar, który jest wytwarzany gdzieś po wsiach z psów trzymanych w okrutnych warunkach – to dla tych, którym nie chce się czytać artykułu autorstwa pani Grażyny Zawady. Dla chcących – proszę – oto i artykuł: Sześć psów w słoiku

Nie miałbym do niego żadnego “ale”… ale znajduje się w nim jedna nieścisłość, która całkiem mocno razi, a ponadto sugeruje rzeczy niesłychane. Chodzi mianowicie o niniejszą część tekstu:

33 procent mówi: “tak”

Na forum portalu Ateista.pl na pytanie “Zjadłbyś/zjadłabyś smalec lub jakąś inną potrawę z psa?” 33 procent respondentów odpowiedziało “tak”. Skąd wzięła się wiara w lecznicze właściwości psiego smalcu?

Jak widać, po informacji o ankiecie dla ateistów następuje zdanie dotyczące jedzenia smalcu ze względu na wiarę w jego lecznicze właściwości. Taki zabieg sugeruje, że 33% forumowiczów biorących udział w ankiecie wierzy w uzdrawiającą moc tłuszczu z “psininy”. Jako autor tematu i ankiety znajdujących się na wyżej wspomnianym portalu, chciałbym dokonać sprostowania. Ów temat w żaden sposób nie odnosił się do konsumpcji psiego smalcu ze względu na wiarę w jego lecznicze właściwości. Już z samego pytania ankiety wynika, iż chodzi o gusta kulinarne. Chodzi również o kwestie kulturowe (o to czy, a jeśli tak, to jak bardzo ograniczają nas schematy kulturowe), o których była mowa w wypowiedziach znajdujących się w temacie na ateiście.pl. Kto chciałby się choć trochę wysilić, ten znalazłby stosowne informacje, bo są podane jak na tacy.*

Podsumowując – jeśli już jakiś niewierzący (biorący udział w owej ankiecie) chciałby zjeść smalec z psa, to zrobiłby to nie ze względu na jakąś z dupy wziętą wiarę w lecznicze właściwości tego specyfiku… zjadłby go co najwyżej dlatego, że miałby takie a nie inne upodobania kulinarne sprzeczne z “poprawnymi” upodobaniami sugerowanymi przez naszą kulturę.

Pani Zawada natomiast dokonała nieładnej, oj jakże nieładnej manipulacji, co świadczy oczywiście o jej wysokim profesjonalizmie dziennikarskim. Nie wiem kto dokładnie odpowiada za dopuszczenie tego dezinformującego artykułu do publikacji, ale musi to być zapewne niezmiernie tęga głowa, z której inteligencja emanuje tak mocno, że aż udziela się osobom postronnym (w tym niechybnie również pani Grażynie Zawadzie). Na koniec chciałbym szczerze (przysięgam na Boga) przeprosić za ton niniejszego tekstu, ale targany silnymi emocjami nie byłem w stanie okiełznać mych palców, które pod wpływem impulsu chwili spisały to, co sobie w pierwszej kolejności o twórczości pani Zawady pomyślałem.

* Dla zainteresowanych – dyskusja w temacie znajdującym się na forum ateista.pl toczyła się dodatkowo wokół zagadnienia, które można by streścić w następujący sposób: istnieją zwierzęta co najmniej równie wrażliwe i inteligentne co psy, a które mimo to są przez nas traktowane zupełnie inaczej niż “najlepszy przyjaciel człowieka”. Bez żadnych wyrzutów sumienia potrafimy zjeść schabowego ze świni, a oburzamy się, gdy słyszymy o biednych pieskach, które jacyś “barbarzyńcy” przerabiają na smalec. Współczucia nie wzbudzają brzydkie świnie; wzbudzają je słodziutkie pieski. Nie ma w tym za krzty logiki i konsekwencji… są za to czynniki estetyczne i kulturowe. Rozważanym problemem było to, czy należy się trzymać kultury czy może raczej żelaznej konsekwencji w naszym podejściu do zwierząt podobnych świniom.

 
Leave a comment

Posted by w dniu 8 Styczeń 2011 in Inne, Kultura, Społeczeństwo

 

Jasnogród

„Kiedy człowiek przestaje wierzyć w Boga, może uwierzyć we wszystko” – G. K. Chesterton

W przytoczonym wyżej zdaniu autorstwa katolickiego publicysty znajduje się ziarnko prawdy, a jego potwierdzeniem jest istnienie zbioru poglądów składających się na tak zwany “jasnogród”. Poglądy te w mniemaniu samych jasnogrodzian dają im poczucie własnej wyższości nad wszystkim tym, co kryje się dla nich pod terminem zabobonnego i zacofanego “ciemnogrodu” (konkretnie chodzi o konserwatyzm, tradycję, religię, patriotyzm). “Ciemnogród” to najgorsze plugastwo, którego powinniśmy się wszyscy – jakże by inaczej – bardzo, ale to bardzo wstydzić; którego powinniśmy się wypierać przy każdej nadarzającej się okazji przy jednoczesnym podkreślaniu naszej europejskości, światłości i “postempu”. “Jasnogród” zaś to w mniemaniu jasnogrodzianina wszystko to, co mądre, dobre, współgrające z nauką i wspierane przez nią. Aby dowiedzieć się o jakie rzeczy chodzi konkretnie, wystarczy przyjrzeć się bliżej świeckiemu humanizmowi, który jest kwintesencją jasnogrodztwa.

Świecki humanizm to światopogląd przyjmowany przez ludzi, którzy są na tyle sceptyczni, by odrzucić religię i wiarę w Boga, ale na tyle słabi, że muszą mieć substytut religii. W konsekwencji jasnogrodzianie stare przesądy zastępują nowymi. Na przykład wiarę w Boga zastępują wiarą w to, iż człowiek jest wartością najwyższą. Ich “racjonalne” ostrze sceptycyzmu skierowane przeciwko idei Boga jest nie wiadomo czemu nieskuteczne wobec idei człowieka jako wartości najważniejszej. Cóż wyjątkowego jest w człowieku, że aż należy czynić z niego nowe bożyszcze? Owszem, jesteśmy bardziej inteligentnymi zwierzętami niż zwykłe małpy czy pawiany czerwonodupe, ale żeby aż dorabiać do tego prostego faktu całą ideologię? Ideologię, w którą przecież ostrze sceptycyzmu wchodzi jak w rozgrzane masło. Jasnogrodzka postawa wygląda niezmiernie dziwnie, gdy jest się świadomym tego, iż wiara w człowieka będącego najważniejszym elementem hierarchii wartości jest równie racjonalna i uzasadniona, co wiara w istnienie niewidzialnych różowych jednorożców. Szkoda, że nie zdają sobie z tego sprawy nasi dyżurni “racjonaliści” kraju skupieni np. wokół Ośrodka Racjonalistyczno-Sceptycznego im. de Voltaire’a. Gdyby byli tego świadomi, to nazwaliby swoją organizację Ośrodkiem Bezmyśli Irracjonalno-Fideistycznej im. Wiejskiego Głupka. Dodatkowo na ironię zakrawa fakt, iż humaniści uważający teizm za zabobon nie dostrzegają własnego komizmu, gdy wpadają w ferwor intelektualnego masturbowania się człowiekiem odmienianym przez wszelkie przypadki. Każdy, kto ma choć trochę oleju w głowie dostrzeże, że kult człowieka to nie racjonalizm i sceptycyzm, tylko megalomania, narcyzm i brak zdrowego rozsądku. To pozostałość po religijnym sposobie myślenia, iż jesteśmy najważniejsi, bo Bóg tak postanowił, bo Bóg stworzył specjalnie dla nas świat, a w nim planetę – ziemię, którą mamy czynić sobie poddaną. “Sceptyczni racjonaliści” usunęli Boga, ale zapomnieli o przesądzie antropocentryzmu aksjologicznego.

Na jasnogrodzki światopogląd składa się również niczym nieuzasadnione przekonanie co do własnej bezdogmatyczności. Świeccy humaniści o swoim humanizmie twierdzą, iż jest to:

[...] system myśli i działania opierający się na rozumie, wspomaganym przez naukę, sztukę i etykę, w którym wartości ludzkie – zarówno indywidualne jak i społeczne, wyznaczają kierunek działania. Humaniści to ludzie czujący odpowiedzialność za kształt naszej cywilizacji i życie naszego gatunku, wolni od jakiejkolwiek wiary w ponadnaturalne światy i istoty ingerujące w ziemskie sprawy. Humanizm jest przeciwny dogmatyzmowi, dyktaturze, fundamentalizmowi w znaczeniu religijnym, politycznym i ideologicznym.[1]

Nie wiem, może jestem intelektualnie ułomny, ale odnoszę delikatne wrażenie, iż humanizm jest światopoglądem, a światopogląd z definicji opiera się na zbiorze różnorakich “dogmatów”, których nauka w żaden sposób nie wspomaga. Gdyby świecki humanizm na dogmatach się nie opierał, to nie byłby jedną z wielu możliwych ideologii, tylko systemem udowodnionym naukowo, którego twierdzenia należałoby przyjąć bez żadnego szemrania – nie kwestionowałoby się go tak samo jak się nie kwestionuje prawa powszechnego ciążenia. Ale może coś źle po prostu zrozumiałem. Może chodzi o to, że dzięki nauce mamy internet, gazety, radio, telewizję – media, które umożliwiają szerzenie propagandy. W takim sensie nauka rzeczywiście może wspomagać Świadków Humanizmu. Tak samo, jak wspomaga Świadków Jehowy, scjentologów czy też zwolenników astrologii i feng shui. I bynajmniej nie przesadzam z porównaniami, ponieważ we wróżeniu przyszłości z gwiazd jest tyle samo racjonalizmu, co w wynoszeniu człowieka na piedestał.

Jak widać, jasnogrodzcy Świadkowie Humanizmu wydalili ze swoich umysłów kilka różnorakich potworków intelektualnych, ale jednym z bardziej drażniących i zasługujących na uwagę jest pomysł na zastąpienie uroczystości religijnych ceremoniami humanistycznymi (chrzest ma być zastąpiony ceremonią dedykacji/ceremonią nadania imienia; oprócz tego jest jeszcze humanistyczny ślub i humanistyczny pogrzeb). Oczywiście z perspektywy szerzenia świeckiego humanizmu ów pomysł wcale nie jest głupi. Jest bardzo sprytny i przemyślany. Jak się chce przeciętnych ludzi zlaicyzować i “ujasnogrodzić”, to trzeba w następstwie nowo zagubionym owieczkom zapewnić coś, co zastąpi pustkę po religii. Ale z perspektywy racjonalizmu… jest to zaczątek świeckiej religii (na którą składa się świecki humanizm i obyczaje z nim powiązane). Na stronie promującej ceremonie humanistyczne znajduje się tekst, którego celem była obrona przed innym, ale powiązanym z moim, zarzutem:

Czasami próbuje się ośmieszać te ceremonie zarzucając im, że są próbą tworzenia „nowej świeckiej tradycji”. Biorąc pod uwagę szerszy międzynarodowy kontekst tego zjawiska zauważamy, iż jest to tradycja całkiem mocno zakorzeniona w naszej globalnej wiosce. Szkockie Towarzystwo Humanistyczne, z pomocą którego zorganizowaliśmy pierwszą ceremonię humanistyczną w Polsce, przez wiele lat praktykowało śluby humanistyczne, które w roku 2005 zostały zalegalizowane przez państwo. Od tego czasu cieszą się rosnącym powodzeniem. Ceremonie humanistyczne jeszcze bardziej zakorzenione są w Norwegii, państwie do niedawna wyznaniowym. Parę miesięcy przed Szkotami zalegalizowano tam śluby humanistyczne. W tym paromilionowym kraju ponad 200 tys. osób każdego roku przechodzi ceremonie humanistyczne.[2]

Domyślam się, że autor chciał wykazać, iż humanistom nie powinno się zarzucać sztucznego tworzenia nowych obyczajów, ale argumenty, które miały poprzeć jego tezę świadczą raczej przeciwko niej. Po pierwsze – cóż z tego, że do ceremonii humanistycznych dochodzi na całym świecie? Nie świadczy to ani o ich nowości ani o starości. Po drugie – ponoć w Szkocji są one organizowane od wielu lat. Autor zapomniał dodać od ilu konkretnie, ale na szczęście znalazłem stosowną informację:

Thanks to two pioneers, by the early 1980’s demand for secular ceremonies started to grow and a few more humanists got involved.[3]

Całe bite trzydzieści lat. Można by rzec, że eony… Jestem sceptyczny co do tego czy 30-ści lat zwyczaju praktykowanego przez wąską grupkę humanistów można uznać za wystarczające potwierdzenie tego, iż mamy do czynienia z tradycją o wcale nie nowych podstawach. Tradycja to chyba jednak coś innego… to np. topienie Marzanny – obrzęd, który jest z nami od wieków pomimo długowiecznych chrześcijańskich prób wyrugowania go ze zbioru obyczajów naszej słowiańskiej kultury. To jest właśnie całkiem mocno zakorzeniona tradycja, a nie jakiś bijący sztucznością wymysł rozbrykanych pseudosceptyków. Po trzecie – rosnące powodzenie ceremonii humanistycznych. Nie wiem czemu wedle autora tekstu broniącego ceremonii ma to jakiś związek z tym czy są one tradycyjnymi obyczajami czy nowymi. Chrześcijaństwo przecież na początku swojego istnienia też cieszyło się rosnącym powodzeniem, ale to wcale nie znaczy, iż było czymś od dawna ugruntowanym w kulturach, które zostały dopiero z czasem przez ten światopogląd zdominowane. Po czwarte – ceremonie humanistyczne mają coraz silniejszą pozycję w “niegdyś wyznaniowej” Norwegii. Cóż… to świadczy co najwyżej o tym, iż norwescy świeccy humaniści skutecznie wprowadzają w swoim kraju nowe obyczaje i nowe poglądy. Można też wyciągnąć z tego wniosek, iż “niegdyś wyznaniowa” Norwegia pozostanie “nadal wyznaniową” Norwegią… zmieni się tylko powszechnie wyznawany światopogląd.

Podsumowując – jasnogród i racjonalizm nie idą ze sobą w parze. Świecki humanizm i sceptycyzm to antonimy i co by nie mówić o ciemnogrodzie – jasnogród wcale nie jest lepszy. Ciemnogrodzianie przynajmniej są świadomi tego, iż swoje poglądy przyjmują na wiarę… nie są na tyle bezczelni i zadufani w sobie, by otaczać swoje wierzenia nimbem naukowości, racjonalizmu i sceptycyzmu.

 

Przypisy:

[1] http://www.ceremoniehumanistyczne.pl/humanizm.html

[2] http://www.ceremoniehumanistyczne.pl/oceremoniach.html

[3] http://www.humanism-scotland.org.uk/about-us/hss-history.html

 

Tekst ukazał się na portalu wolnyateista.pl

 
Leave a comment

Posted by w dniu 26 Grudzień 2010 in Inne, Kultura, Polityka, Społeczeństwo

 

Konkubinat

Tak na szybko, kilka krótkich przemyśleń.

Szkoda, że konkubinat kojarzy się większej części naszego społeczeństwa z jakimiś patologicznymi związkami np. z parami dotkniętymi nałogiem alkoholizmu (heh, tak jakby u zwykłych polskich małżeństw problem uzależnienia od alkoholu w ogóle nie występował).

Szkoda, że synonimami słowa “konkubinat” są takie określenia, jak “wolny związek” albo “luźny związek”. Czyżby sam fakt zawarcia małżeństwa świadczył o “zwięzłym związku”, o związku “na poważnie”? Z tego co zdążyłem w życiu zaobserwować śmiem stwierdzić, że to bujda. To właśnie zwykłe małżeństwa często bywają “luźne”. To właśnie konkubinaty bywają “zwięzłe”. Istnieją pary, które potrafią od ponad dwudziestu lat żyć w konkubinacie, a które prowadzą się przykładniej niż niejedno “poważne” katolickie małżeństwo.

I niby co złego jest w tym, że są ludzie, którzy chcą żyć ze sobą bez żadnych biurokratycznych formalności? Przecież małżeństwo, czyli zawarcie umowy między kobietą i mężczyzną, wspólne podpisanie głupiego papierka w gronie znajomych wcale nie czyni związku “zwięzłym”. Związek będzie istniał albo rozpadnie się niezależnie od tego czy jest formalnie potwierdzony, ponieważ liczą się realne uczucia i chęci. Gdy ich zabraknie po sformalizowaniu związku, sam związek prędzej czy później się rozpadnie.

Nie jestem przeciwko małżeństwu, ale też nie jestem jego zwolennikiem. Powyższy tekścik powstał tylko w celu obrony konkubinatu, o którym mówi się zbyt wiele złego.

 
3 Comments

Posted by w dniu 22 Sierpień 2010 in Inne, Kultura, Społeczeństwo

 

Stoicyzm a ascetyzm

Czy stoicyzm powinien kojarzyć się z ascetyzmem? Czy poglądy starożytnej doktryny filozoficznej narodzonej w stoa poikle implikują anachoretyczny styl życia? Oczywiście, że nie. Czym jest bowiem asceza? Znane są trzy znaczenia tego słowa:

asceza

1. «umartwianie się w celu osiągnięcia doskonałości lub zbawienia duszy»

2. «wyrzeczenie się przyjemności i wygód»

3. «prostota i oszczędność wyrazu, surowość formy»

Stoicyzmowi przypisuje się czasami ascezę w sensie nr 2. W dziele Diogenesa Laertiosa znajdują się informacje przeczące temu skojarzeniu:

O rzeczach obojętnych stoicy mówią w dwóch znaczeniach: po pierwsze, gdy nie służą one ani szczęściu, ani nieszczęściu, np. bogactwo, sława, zdrowie, siła i tym podobne; można bowiem być szczęśliwym, nie mając tych rzeczy, chociaż właściwe lub niewłaściwe ich użycie staje się podstawą szczęścia lub nieszczęścia. [...] Spośród rzeczy obojętnych jedne nazywa się godnymi wyboru, inne zaś godnymi odrzucenia. Te, które są godne wyboru, mają wartość, te, które są godne odrzucenia wartości nie mają. Przez wartość stoicy rozumieją pewną pomoc dla rozumnego życia, a jest nią wszystko, co jest dobre. [...] Rzeczy godne wyboru są to rzeczy, które mają wartość, np. w dziedzinie duchowej odwaga, zręczność, wykształcenie i tym podobne, a w dziedzinie cielesnej – życie, zdrowie, siła, dobra kondycja fizyczna, piękno i tym podobne, jeśli zaś idzie o dobra zewnętrzne – bogactwo, powszechny szacunek, szlachetne pochodzenie i tym podobne.[1]

Podsumowując: wedle stoicyzmu istnieją rzeczy, których posiadanie jest obojętne dla kwestii osiągnięcia szczęścia, ale które mogą być pomocne w życiu i dlatego są godne wyboru. Są to między innymi te właśnie rzeczy, których asceta by się wyzbył. Różnica między stoicyzmem a ascetyzmem jest pod tym względem ewidentna.

Przypis:

[1] Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004, ss. 417-418.

 
6 Comments

Posted by w dniu 5 Luty 2010 in Filozofia

 

Uczuciowi ludzie z kamienia

Istnieje stereotyp, wedle którego stoicy byli ludźmi z kamienia – osobami wyzutymi z uczuć albo przynajmniej dążącymi do bezuczuciowości. Owo mniemanie potrafi ugruntować się nawet w świadomości ludzi interesujących się filozofią i historią filozofii. Jako sympatyk niektórych stoickich zasad uważam za swój obowiązek rzetelne przedstawienie postawy stoików wobec emocji.

Żyjący w III w. n.e. Diogenes Laertios napisał dzieło pt. Żywoty i poglądy słynnych filozofów. Dla historyka filozofii jest to bardzo ważne źródło, ponieważ zawiera ono wiele informacji na temat różnych doktryn filozoficznych. W pracy Laertiosa znajduje się między innymi opis stoicyzmu. Podejście stoików do emocji zostało przedstawione następująco:

Stoicy twierdzą, że istnieją trzy rodzaje zadowolenia: radość, przezorność, wola. Radość przeciwstawiają rozkoszy i uważają ją za rozumne podniecenie. Przezorność przeciwstawiają trwodze, ponieważ jest to rozumne unikanie niebezpieczeństwa. [...] Za przeciwieństwo pożądania uważają wolę, która jest pragnieniem kierowanym rozumem. Podobnie jak z pierwszych namiętności wyprowadza się inne, tak samo wyprowadza się z nich także uczucia, czuli dobre stany emocjonalne. I tak z woli wyprowadza się życzliwość, łaskawość, serdeczność, miłość, z przezorności – wstydliwość i skromność, z radości – wesołość, pogodę ducha, ochoczość.[1]

Błędne jest więc stwierdzenie, że stoicyzm potępia wszystkie emocje. Nie wynika z tego jednak automatyczna aprobata wobec wszystkich emocji. Stoicy potępiali niektóre stany emocjonalne i chyba z tego właśnie są obecnie najbardziej znani. Tak Władysław Tatarkiewicz opisał negatywny stosunek stoicyzmu do pewnych stanów emocjonalnych:

Złe jest tylko życie wbrew cnocie, naturze i rozumowi. Źródłem jego są afekty, silniejsze od rozumu. [...] Cztery są zasadnicze afekty: z nich dwa, zawiść i pożądliwość, zabiegają o rzekome dobra, a dwa inne, smutek i obawa, stronią od rzekomego zła. Są popędami, na których podłożu wytwarzają się stany stałe, będące dla duszy tym, czym choroby dla ciała, jak np. skąpstwo, będące przywiązaniem do rzekomych dóbr, lub mizantropia, polegająca na unikaniu rzekomego zła.

[...] należy się więc ich [afektów] wyzbyć. Nie chodzi o umiarkowanie wobec nich; nie o “metropatię”, lecz o “apatię”. Ta apatia, czyli beznamiętność, charakteryzuje mędrca. [...] Zwłaszcza najgorszy z afektów – smutek, nie powinien mieć nigdy dostępu do duszy mędrca, a więc i smutek z powodu cudzego zła, tj. współczucie. Należy wobec innych powodować się rozumem, a nie współczuciem; inaczej postępuje się źle, jak lekarz, który unika bolesnej operacji ze współczucia dla chorego.[2]

Mam nadzieję, że dla czytelnika jasne już jest to, iż pewne emocje są przez stoicyzm aprobowane, inne zaś potępiane.

Skąd się bierze stereotyp stoika-nieemocjonalnego człowieka z kamienia? Moim zdaniem z niewiedzy. Przypuszczam, że chodzi o rzecz następującą:  współczesne znaczenie słowa “apatia” jest inne niż starożytne – ludzie słysząc o apatii starożytnych stoików myślą o współcześnie rozumianej apatii – mamy więc do czynienia z błędem logicznym ekwiwokacji, którego konsekwencją jest mylne mniemanie jakoby stoicy byli sztywniakami pozbawionymi wszelkich uczuć.

Przypisy:

[1] Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004, s. 422.

[2] Władysław Tatarkiwicz, Historia filozofii. Tom I, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2003, s. 134.

 
Leave a comment

Posted by w dniu 2 Luty 2010 in Filozofia, Historia

 

Nowy rasizm

Istnieje na Zachodzie prawo, o którym nie mówi się zbyt często. Prawo, którego się nie nagłaśnia, a które funkcjonuje od lat. Prawo definitywnie rasistowskie, a mimo to, przez niektóre “postępowe” państwa, akceptowane. Rasizm politycznie poprawny. Rasizm zachodniej lewicy, czyli tzw. dyskryminacja pozytywna. [1]

Genezy dyskryminacji pozytywnej należy dopatrywać się w promowanej na Zachodzie polityce wielokulturowości. Idea “multi kulti”, wdrażana głównie przez USA i UE, ma na celu zbudowanie państwa zróżnicowanego kulturowo i etnicznie, a zarazem tworzącego solidarne i tolerancyjne społeczeństwo. Według ludzi wierzących w tę ideę, nie zostanie ona wprowadzona w życie, dopóki nie zostaną wyrównane szanse w dostępie do edukacji i pracy między mniejszościami narodowymi/etnicznymi, a dominującą grupą etniczną danego kraju. By walczyć z tą “społeczną niesprawiedliwością” stosuje się różne formy interwencjonizmu państwowego, a jedną z nich jest właśnie dyskryminacja pozytywna (zwana w USA “akcją afirmacyjną”).

Ludzie należący do mniejszości etnicznych mieli, ewentualnie mają, w porównaniu do reszty społeczeństwa, gorsze warunki do edukacji. W związku z tym lewica wpadła na pomysł, że należy im to zrekompensować gwarantując pewną, w dużym stopniu niezależną od wyników w nauce, liczbę miejsc na studiach. Zwolennicy tego systemu utrzymują, że obywatele należący do mniejszości mają takie same zdolności jak reszta społeczeństwa, tylko muszą mieć zagwarantowaną możliwość ich realizacji. Socjaliści zakładają też, że część ludzi pochodzących z mniejszości etnicznych prawdopodobnie osiągnie sukces, przez co stanie się przykładem dla reszty swojej społeczności. Skutkiem akcji afirmacyjnej ma być też to, że poprzez większą liczbę studentów wywodzących się z mniejszości dojdzie do zawierania kontaktów i przyjaźni między członkami różnych kultur. To, jak wygląda wdrożona w życie dyskryminacja pozytywna, możemy zobaczyć w USA.

Akcja afirmacyjna polega w tym kraju na narzuceniu uniwersytetom, szpitalom i policji dosyć specyficznych kryteriów rekrutacji. Przy naborze przymusowo bierze się pod uwagę m.in. rasę i płeć kandydata. Prostym przykładem działania dyskryminacji pozytywnej jest sposób naboru na wyższą uczelnię. Jeśli biały uczył się w szkole średniej na same piątki, a Murzyn na same czwórki, to na studia dostanie się Murzyn. Inteligentny biały heteroseksualista nie będzie miał też większych szans z mniej inteligentną kobietą, lesbijką, czy Indianinem. Ale to jeszcze nie wszystko: lewicowcy tworząc prawo walczące z nierównościami zapomnieli, że istnieją biedni ludzie rasy białej (w USA określani pejoratywnym mianem “white trash people”). Zapomnieli. Nie wzięli pod uwagę, że istnieją czarnoskórzy milionerzy i biedni biali – umysł lewicowca nie był w stanie tego prostego faktu przyjąć do wiadomości. Efekt jest taki, że zdolny biały z najniższej warstwy społecznej, uczący się na piątki i tak się nie dostanie na studia, bo na jego miejsce zostanie przyjęty Murzyn z bogatej rodziny, który miał ze wszystkiego czwórki. To rasistowskie prawo ma zdaniem nowej lewicy rekompensować krzywdy, jakie mniejszości etniczne doznawały kilkadziesiąt lat wcześniej ze strony białych. Niestety lewica nie zadała sobie pytania, czemu młodzi biali mają ponosić odpowiedzialność za to co zrobili ich przodkowie.

Polityką dyskryminacji pozytywnej są objęci Afroamerykanie, Latynosi i rdzenni Amerykanie (Indianie). Azjaci nie są w tym systemie uwzględnieni, gdyż w porównaniu do wcześniej wymienionych grup etnicznych radzą sobie o wiele lepiej i to bez pomocy ze strony państwa. W 1997 roku George W. Bush podpisał ustawę nakazującą wszystkim amerykańskim uniwersytetom publicznym w stanie Teksas zagwarantowanie mniejszościom etnicznym co najmniej 10% miejsc. W formularzu wypełnianym przez kandydata na studia znajdują się pytania dotyczące: rasy, pochodzenia etnicznego, geograficznego i płci. Odgrywają one dużą rolę w tym, czy dana osoba zostanie przyjęta. Podobnie jest w kilku innych stanach. Efektem akcji afirmacyjnej jest np. to, że tysiące niedoszłych studentów oskarżyło Uniwersytet Stanu Michigan o nierówne traktowanie ich podczas naboru… domagają się zwrotu opłaty, którą musieli wnieść podczas składania aplikacji. W 1967 roku, w Kalifornii wprowadzono prawo uzależniające liczbę policjantów danej rasy od tego, jaki odsetek ludzi tejże rasy znajduje się na określonym obszarze. Jeśli w danym mieście jest np. 20% Murzynów, to tyle samo procent ma pracować w tamtejszej w policji.

Jeśli chodzi o Europę, dyskryminacja pozytywna istnieje m.in. w Norwegii (w każdej spółce publicznej, liczącej co najmniej 5 osób, musi się znajdować co najmniej 40% kobiet). Słowacja, pod naciskiem UE, wprowadziła politykę dyskryminacji pozytywnej (która miała poprawić sytuację znajdującej się tam bardzo licznej grupy Cyganów), ale w 2005 roku uznano tę praktykę za niezgodną z konstytucją tego kraju. [2]

Krytyka

Dutch Martin – absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Bostońskim i zarazem członek Czarnych Konserwatystów – uważa, że istnienie dyskryminacji pozytywnej sugeruje, że Afroamerykanie są mniej inteligentni od białych… dlatego opowiada się za jej zlikwidowaniem. Oprócz tego twierdzi, że Murzyni są na tyle inteligentni, iż nie potrzebują żadnych taryf ulgowych na to, by dostać się na studia.

Coraz częstsze są też protesty studentów. W ramach sprzeciwu wobec dyskryminacji pozytywnej amerykańscy studenci organizują co roku ogólnokrajową “afirmacyjną akcję sprzedaży ciasteczek”, podczas której ciastka są sprzedawane: białym i Azjatom po jednym dolarze, Afroamerykanom, Latynosom i rdzennym Amerykanom po 50 centów, a kobietom po 25 centów. Oskarżani o rasizm studenci tłumaczą, że ceny tych ciasteczek odzwierciedlają metody działania dyskryminacji pozytywnej. Protesty zaczęły nabierać na sile odkąd w czerwcu 2003 roku Sąd Najwyższy USA postanowił, że wszystkie uniwersytety państwowe powinny przy naborze studentów uwzględniać kryterium rasy i pochodzenia etnicznego. [3]

Stephen Carter, wykładający na Uniwersytecie w Yale, w swojej książce „Reflections of an Affirmative Action Baby” opisał powstanie syndromu „najlepszego czarnego”: „Jesteśmy oceniani miarą: pierwszy czarny, tylko czarny, najlepszy czarny”. Carter zauważa, że ludzie nie oceniają już miarą – „najlepiej wykwalifikowany pracownik”, lecz „najlepiej wykwalifikowany czarny pracownik”. Profesor Richard Sander z Uniwersytetu Kalifornijskiego, w grudniu 2004 roku opublikował artykuł krytykujący dyskryminację pozytywną. Wynika z niego, że spośród wszystkich studentów Afroamerykanów przyjętych na studia prawnicze dzięki akcji afirmacyjnej, ponad połowa miała najniższe wyniki na roku.

Dyskryminacja pozytywna przyczyniła się do tego, że na studia dostają się głupsi ludzie kosztem inteligentniejszych. Pracę dostają niezbyt zdolni ludzie kosztem utalentowanych. Szerzy się nienawiść w stosunku do uprzywilejowanych grup etnicznych. Takie oto są skutki socjalistycznego ulepszania ludzkości.

Przypisy:

[1] Brawa należą się tęgim mózgom, które ukuły ten termin… tylko lewicowy inteligent, nie w ciemię bity, mógł wpaść na pomysł, że można kogoś dyskryminować pozytywnie.

[2] http://www.brusselsjournal.com/node/381

[3] Odnośnie sytuacji w USA – obecnie kilka stanów odrzuciło już akcję afirmacyjną: Waszyngton, Kalifornia, Michigan i Nebraska.

 
1 Comment

Posted by w dniu 1 Luty 2010 in Kultura, Polityka, Społeczeństwo

 

Wybór i popieranie światopoglądu

W niniejszym tekście omówione są pokrótce trzy zagadnienia:

1) Wybór światopoglądu.

2) Popieranie propagowania światopoglądu.

3) Jaki światopogląd wybrałem, dlaczego nie popieram jego propagowania i dlaczego popieram coś jeszcze innego.

Przed ich poruszeniem wypadałoby wyjaśnić znaczenie terminu “światopogląd”. Wedle PWN-owskiego słownika języka polskiego  światopogląd [to] «zespół czyichś poglądów na świat i na życie, wpływający na jego zachowanie».

Jeśli chodzi o zagadnienie pierwsze – wybór światopoglądu może być podyktowany różnymi czynnikami. Niektórzy wybierają dany światopogląd, ponieważ uważają go za najlepiej uzasadniony; za słuszny; za najbliższy prawdy. Pewni ludzie, np. fideiści, wybierają i uznają za słuszny światopogląd, który jest sprzeczny z wynikami nauki i zasadami logiki, bo uznają prymat wiary nad rozumem i nauką. Inne jeszcze czynniki, które mają wpływ na wybór światopoglądu, to: propaganda; tresura (tzw. socjalizacja i internalizacja), jakiej poddaje każdą jednostkę ogół społeczeństwa; wypadki, różne wydarzenia o dojmującym znaczeniu; dostęp do informacji o różnych poglądach; w jakimś tam stopniu nasze własne przemyślenia; może (piszę “może”, bo nie jest to naukowo udowodnione) jakieś uwarunkowania genetyczne predestynujące ludzi do przeżyć mistycznych lub ich braku. Możliwe jest też istnienie jeszcze innych czynników, których nie wymieniłem, których nie jestem świadom.

Kwestią drugą jest decyzja o popieraniu propagowania takiego, a nie innego światopoglądu. Najoczywistszym rozwiązaniem wydaje się opowiedzenie za własnymi poglądami, za ich publiczną obroną; wykazywanie reszcie społeczeństwa, że słuszne jest ich przyjęcie. Propagowanie danego światopoglądu jest związane z tym, w jakim społeczeństwie chcemy żyć: liberalnym obyczajowo czy konserwatywnym itd.

Teraz kwestia trzecia. Jako ateista, ateista semiotyczny i agnostyk (w zależności od tego, o jak zdefiniowanego Boga chodzi) powinienem niby najchętniej popierać ruch reprezentujący takie właśnie poglądy. Takiego ruchu jednak nie ma. Nie istnieje żadna organizacja, która ograniczałaby swoją działalność do wyżej wymienionych poglądów. A nawet gdyby była, to bym jej nie poparł, bo biorę pod uwagę jedną ważną niewiadomą. Chodzi konkretnie o to, że nikt w swoich poglądach nie poprzestaje na samej kwestii wiary/niewiary w Boga. Każdy, poza ową kwestią, ma jakieś poglądy na temat moralności, prawa, gospodarki itd. Załóżmy, że organizacja propagująca samą niewiarę odniosła sukces. Jedną wielką zagadką jest wtedy, jakie zasady moralne, jakie prawo, jakie poglądy gospodarcze wybierze sobie społeczeństwo. Możliwe, że zostałyby zachowane zasady moralne w miarę konserwatywne. Ale może dużego znaczenia nabrałby obyczajowo liberalny quasi-religijny świecki humanizm, ze swoimi świeckimi celebracjami, ślubami, chrztami, pogrzebami itd. Także jest ryzyko, które mogłaby zniwelować jedynie organizacja ateistyczna w miarę zachowawcza obyczajowo, a takiej nie ma niestety. Są natomiast organizacje łączące ateizm z antyklerykalizmem, antyteizmem, socjalizmem, feminizmem, szyderstwem i pogardą wobec teistów. Działalność tych organizacji jest mi obca, także nie mam wyboru – wybieram popieranie tego, co jest jedyną w miarę rozsądną alternatywą.

Popieram polskiego mutanta. Mutanta, czyli specyficzną, dziwaczną polską hybrydę chrześcijaństwa i świeckości (nie wiem jak inaczej ją nazwać). Taka mieszanka światopoglądowa, która jest może niezbyt świadomie przez sporą ilość Polaków “praktykowana” jest według mnie całkiem dobrze wyważona, co spróbuję zobrazować przykładem odnoszącym się do kwestii aborcji. Jej (owej mieszanki-mutanta) skutkiem jest pośrednio obecna sytuacja prawna aborcji (trzy wyjątkowe sytuacje, w których jest dopuszczalna), która jest rozsądną wypadkową daleką od głupich rozwiązań “czystego” chrześcijaństwa (całkowity zakaz aborcji) i “czystego” świeckiego humanizmu-feminizmu (legalizacja aborcji na życzenie). Jest oczywiście wiele spraw, które mi się nie podobają (np. idiotyczne prawo odnośnie do narkotyków, którego konsekwencją jest faworyzowanie narkotyków ciężkich, czyli alkoholu, a karanie za używanie czegoś lżejszego, np. marihuany), ale z biegiem czasu może się to zmienić. Mniejsza z tym… należy w każdym razie podkreślić, że polski mutant jest lepszym rozwiązaniem niż polski skrajny religiant lub świecki humanista. Nie powinienem więc chyba pisać, że popieram obecnie jakiś ruch polityczny odpowiadający doktrynie mutantyzmu. Najzwyczajniej jestem za utrzymaniem status quo z możliwością pewnych subtelnych, stopniowych zmian.

 
16 Comments

Posted by w dniu 29 Grudzień 2009 in Społeczeństwo

 

O usuwaniu symboli religijnych

Orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie obecności krzyży w szkolnych klasach; postulaty uczniów jednego z wrocławskich liceów; postulaty Stowarzyszenia na rzecz Państwa Neutralnego Światopoglądowo “Neutrum”… wszystko to świadczy o coraz częstszym podejmowaniu kwestii relacji między religią a państwem. Jest coraz więcej sytuacji, w których różni ludzie i różne organizacje domagają się usunięcia symboli religijnych z miejsc należących do instytucji państwowych (szkół, urzędów itp.). Krzyże w szkołach i urzędach są, szczególnie dla lewicowców, symbolem “klerykalizacji przestrzeni publicznej”. Nie wiem czemu, ale środowiska domagające się usunięcia symboli religijnych skupiły się właśnie tylko na tym nieszczęsnym krzyżu. A przecież jest kilka innych chrześcijańskich symboli plugawiących świecki charakter państwa.

Chociażby choinki w szkołach państwowych, na placach i deptakach miejskich. Instalowane na czas świąt Bożego Narodzenia za państwowe pieniądze. Albo bożonarodzeniowe szopki znajdujące się w miejscach publicznych – ich budowa bywa finansowana z funduszy państwowych (np. przez Urząd Miasta w Łodzi).

Podczas gdy nasi oświeceni racjonaliści, świeccy humaniści i lewicowcy toczą zaciekle heroiczny bój z krzyżami, bożonarodzeniowe szopki i choinki (bardzo niecne i złowieszcze symbole) gwałcą wielokrotnie neutralność światopoglądową państwa. Niszczą jego świecki charakter, a żeby odpowiednio zobrazować sobie skalę dewastacji, spójrzmy tylko na liczne, naznaczone grymasem bólu twarze Polaków, którzy wprost nie mogą znieść widoku choinek. Zwróćmy uwagę na to, jak wiele protestów i rozruchów ulicznych zostało wznieconych przez dyskryminowane mniejszości religijne – jak strasznie muszą one cierpieć! Tak, to wszystko świadczy o tym, jak bardzo potrzebny nam jest laicki charakter państwa.

Martwi mnie tylko to, czemu nasi rycerze świeckości nie zauważają arcyważnego problemu choinek. Sytuacja jest przecież wyjątkowo dramatyczna – symbole religijne można teraz napotkać na każdym kroku. Gdzie się nie pójdzie, tam chrześcijańska choinka kalająca świecki charakter przestrzeni publicznej. Zielonych symboli chrześcijaństwa jest obecnie więcej niż krzyży, a milczy się o nich. Czemu zwolennicy neutralnego światopoglądowo państwa nie postulują usunięcia drzewek iglastych?

Jeśli ktoś jest za rozdziałem kościoła (i ogólnie – religii) od państwa; za tym, żeby nie było symboli religijnych w instytucjach państwowych, to powinien zachować konsekwencję i być za usunięciem wszelakich symboli religijnych (i krzyża i choinki). W przeciwnym wypadku będzie hipokrytą i świeckim humanistą (tudzież lewicowcem) bez jaj. Bynajmniej nie wielkanocnych.

 
3 Comments

Posted by w dniu 26 Grudzień 2009 in Polityka

 

Faszyzm i Żydzi

Holocaust and Genocide Studies to dziennik wydawany przez Uniwersytet Oksfordzki. Wertując jego internetowe wydanie natknąłem się niedawno na recenzję książki poświęconej relacjom między włoskimi Żydami a faszystowskim państwem włoskim.  Szczególnie ciekawy jest ten fragment:

The persecution of the Jews in Fascist Italy remains enigmatic. There had been nothing antisemitic in the founding principles of the movement, and there had been a significant number of Jewish fascists from the very beginning; support for the Fascists grew to roughly ten percent of Jewish population. Though many of the most important anti-Fascists were Jews, Jews also held important positions in Fascist organisations as well as in goverment service, from local to national goverment, from education to military (including admirals and generals). Unlike France, Austria, Germany, or other countries, during the late nineteenth century Italy witnessed no antisemitic movements or political parties whose familiar themes could be redeployed for political mobilization during the interwar years. [...] almost sixteen years after Mussolini came to power, Italy’s small Jewish population had been fully integrated into the mainstream, experiencing the highest rate of intermarriage of any Jewish community in Europe.

Najważniejsze, moim zdaniem, informacje:

  • W podstawowych założeniach włoskiego faszyzmu nie było nic antysemickiego;
  • Od samego początku istnienia ruchu faszystowskiego działali w nim licznie Żydzi-faszyści;
  • 10% włoskich Żydów popierało faszystów;
  • Żydzi sprawowali ważne funkcje we włoskich organizacjach faszystowskich oraz w rządzie;
  • Po 16-stu latach rządów Mussoliniego doszło do ogromnej integracji Żydów z resztą społeczeństwa – to za jego rządów, w jego faszystowskim państwie, liczba mieszanych małżeństw była najwyższa w całej Europie.

W ogromnym skrócie i uproszczeniu -  przez pierwsze szesnaście lat swoich rządów, faszyści mieli inne (nieantagonistyczne, nieantysemickie) nastawienie do Żydów niż po 1938 roku. Ciekawą kwestią jest to, czy na późniejszy negatywny stosunek  do Żydów faszyści zdecydowali się z własnej woli czy pod wpływem nacisków niemieckiego sojusznika. Tę sprawę poruszę w którymś z przyszłych tekstów.

O minusach faszyzmu włoskiego; o jego występkach i zbrodniach nie będę pisał. Są dobrze znane… o ich stałe przypominanie dbali przez kilkadziesiąt lat komuniści, a obecnie pamiętają o nich nasze “wolne” media. Nasi “rzetelni, uczciwi i obiektywni” dziennikarze, wyczuleni na wszelakie przejawy “widma faszyzmu krążącego nad Polską”, dbają o to, by przeciętni ludzie nie mieli szansy poznać drugiej strony medalu.

Jeśli chodzi o rzetelną pracę naukową ukazującą obydwie strony faszyzmu – tę ciemniejszą i tę jaśniejszą -  polecam książkę, do której odnosi się recenzja umieszczona na początku tego tekstu.  W pracy Sarfattiego zawarte są informacje na temat zbrodni faszystowskich, ale są również opisane fakty, które przez nasze, (niestety) opiniotwórcze media, nigdy nie zostaną poruszone.

 
1 Comment

Posted by w dniu 7 Grudzień 2009 in Historia, Polityka

 

Stan wojenny

W różnych dyskusjach poświęconych tematowi słuszności wprowadzenia w Polsce stanu wojennego, porusza się kwestię groźby interwencji ZSRR. Zwolennicy wprowadzonego stanu wojennego usprawiedliwiają go tym, że gdyby nie on, to do Polski wkroczyłaby Armia Radziecka. Byłoby to dla nas bardziej opłakane w skutkach niż konsekwencje decyzji generała Jaruzelskiego.

Druga strona, głównie prawicowa i antykomunistyczna, twierdzi, że do interwencji wojsk radzieckich nie mogło dojść. Jaruzelski miał zaś podjąć decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego ze względu na utrzymanie PZPR przy władzy.

Zarówno przeciwnicy jak i zwolennicy wprowadzonego stanu wojennego zapominają o jednej ważnej sprawie. O Północnej Grupie Wojsk. Biorąc to pod uwagę, pytanie “czy Armia Radziecka wkroczyłaby do naszego kraju?” brzmi dosyć absurdalnie.  Ona tu już od dawien dawna była.

 
2 Comments

Posted by w dniu 30 Listopad 2009 in Historia, Polityka

 
 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.